|
Blog > Komentarze do wpisu
Wyprawa na Dusky Track,
czyli jak spędziłam przerwę świąteczną.
Pełni chęci i zapału z plecakami wypchanymi nowym sprzętem (a jakże, jak się do Nowej zelandii wyjeżdża tylko z 20 kilogramami bagażu to co się dziwić!) wybraliśmy się 27 grudnia do Fiordland National Park. A dokładniej - Dusky Track.
Miejscowi znajomi, gdy się dowiedzieli gdzie się wybieramy, mieli dwojakie reakcje. Pierwsza - "Och, będziecie mieli niesamowite przeżycie! Obyście tylko mieli dobrą pogodę" i druga "A tak, byłem/byłam tam w młodości ale raczej nie chciałabym tego powtórzyć". Trzeba przyznać, że po takich komentarzach byłam raczej mniej optymistyczna, ale coż zrobić. Wszystko zaplanowane, przyjaciele przylatują. Idziemy.
Dalej było jak u Tolkiena. Bardzo, bardzo wczesny początek. Pobudka o 2:30 w nocy i wyjazd na spotkanie z miejscowym Kiwi. Val ma wyłączność na przeprawianie turystów przez jezioro Hauroko. Tu należy wspomnieć o pewnej prawidłowości. Jeśli jesteś turystą z innego kraju, dajmy na to z Australii, to opłata za przeprawienie się przez jezioro jest taka sama jak dla turysty z Auckland. Natomiast, jeśli jesteś swój, czyli z Southland, rozmowa jest zupełnie inna. Tak się składa, że jeden z moich szefów z pracy, był razem z Val'em w oddziale Search and Rescue (taka sama organizacja jak GOPR). Byliśmy więc potraktowani jak miejscowi. Po przepłynięciu jeziora zaczęliśmy nasz pierwszy odcinek. Sceneria przepiękna. Las, nazywany tutaj beech forest, oczywiście nieposprzątany, pełen pni porosłych mchem i porostami. No, i oczywiście pełno paproci. Miało być 5 godzin a szliśmy 9. Kiedy wreszcie doszliśmy do chaty, wszyscy byli bardzo zdziwieni, że mamy suche buty. Bardzo sumiennie i dokładnie obchodziliśmy wszystkie kałuże, bagna i błota. Nie przyszło nam do głowy, żeby iść szybko na wprost ale za to w mokrych butach. Co się zresztą później zmieniło. Ta pierwsza chata nazywała się Halfway Hut. I jakby to powiedzieli nasi znajomi - to był Sajgon! Wszędzie, ale to dosłownie wszędzie było pełno muszek (sand flies). Paskudne gryzące paskudztwo! Obgryzły nas prawie do kości. Mieliśmy, co prawda środek na insekty, ale przy takiej ilości po prostu nie dawał rady. Następną noc spędziliśmy już w zupełnie innych warunkach. Wyżej, przy jeziorze Roe. Tam muszek nie było więc uszczęsliwieni postanowiliśmy zostać tam jeden dzień, co w świetle przyszłych wydarzeń było bardzo poważnym blędem. A jednak, nieświadomi spędziliśmy tam bardzo fajny dzień, trochę się szwendając po okolicy i generalnie odpoczywając. Czwartego dnia wybraliśmy się do Loch Maree. Samego zejścia było 1000m. A właściwie nie zejścia a "zewspinania" . Całe szczęście, że drzewa urzyczały nam swoich korzeni w formie drabin, bo inaczej byłoby bardzo ciężko. Pod koniec dnia zaczęło padać i nie przestało już do końca naszego pobytu. A byliśmy tam jeszcze parę dni. Tuż przed Loch Maree Hut jest ok. 30 metrowej długości most. Może to trochę powiedzenie na wyrost w końcu składał się tylko z trzech stalowych linek. Zdziwiły nas rozmiary tego mostka, zwłaszcza że w dole płynie sobie szemrzący strumyczek, nie wiedzieć czemu szumnie zwany rzeką. Wszystko stało się jasne jakieś 16 godzin później. Wtedy nawet upierałabym się przy słowie: jezioro. W ciągu 24 godzin woda podniosła się o jakieś 5-6 metrów. O pójściu dalej nie było mowy. I tak w chacie zaprojektowanej na dwanaście osób na kilka dni utknęło dwadzieścia dwie osoby (22). Jedną z rozrywek było obserwowanie poziomu wody na wystających pniakach. Po czterech nocach zdecydowaliśmy się na próbę wydostania się. Przez cztery godziny udało nam się pokonać dwa kilometry. Niezbyt imponujący wynik. Generalnie szlak był pod wodą. Próbowaliśmy więc obejść zalane fragmenty. Jednak to jest Fiordland i stoki są bardzo strome. Mieliśmy bardzo, ale to bardzo bliskie spotkania z mchami, porostami i innymi paprociami. Spróchniałych pni nawet nie będę wspominać, bo to nie było przyjemne i często kończyło się zjazdem w dół. Droga z powrotem była "z górki" zajęła na jakieś sześć godzin. A wody ciągle przybywało. Czy ja wspomniałam już że ciągle padało? W chacie przywitano nas bardzo serdecznie, wszyscy się cieszyli ale o powrocie na materace nie było mowy - spaliśmy na podłodze. Całe szczęście, że jedna grupa miała radio, a para niemców miała zarezerwowany lot z następnej chaty. Do której zresztą nie dotarli. Korzystając z radia zmienili wodolot na helikopter oraz Supper Cove na Loch Maree i w ten sposób zamiast dwójki niemców poleciała do cywilizacji, dobrze już zaprzyjaźniona sześciosobowa polsko-niemiecka grupka. No i czy to nie przypomina zakończenia z Lord of the Rings, gdzie dwóch biednych hobbitów do domu też wróciło drogą powietrzną?
Ps. Jak napisała mi Sabine, która została w chacie. Pierwsza grupa była w stanie wyruszyć dopiero po następnych czterech noclegach.
poniedziałek, 19 stycznia 2009, szaghata
TrackBack
Komentarze
Gość: , vpn-242-219.roam.ucl.ac.uk
2009/03/10 15:28:51
To mieliscie przeprawe... Ponoc Fiordland PN zamykaja na Wasze zimowe miesiace. Nie ma jak to przyjazn polsko - niemiecka!
2009/03/10 20:08:47
I tak i nie. Rzeczywiscie w zimie jest trudno, ciezko mi tez wyobrazic sobie pokonywanie strumieni przy niskiej temperaturze i sniegu. Z drugiej strony miejscowi uwazaja, ze przynajmniej w tym okresie nie ma powodzi :)
|
|